Opowieść Eurii, Jesiennego Wiatru

Treść

Urodziłam się w górach nieopodal Starego Lasu wieki temu. Długo żyłam w odosobnieniu zadowalając się pięknem horyzontu i gwiazd. Fascynowałam się horyzontem, nie dlatego, że przedstawia kolory świata, ale z powodu tego co mogło się za nim kryć. Kim jest najstarsza nimfa? Jakie opowieści mogły by opowiedzieć gwiazdy, jeśli pewnego dnia zdecydowały by się powrócić ze swoich zimnych, odległych domów in niebiosach? Czym zajmują się królowie w ich miastach? Nie wiedziałam. Niewielu odwiedziło moją górę, poznałam tylko zwyczajnych ludzi. Żadnych smoków. Żadnych gwiazd. Żadnych bogów. To co miałam było takie przyziemne i nudne, a najpiękniejsze rzeczy miały być poza moim zasięgiem.

Mimo to nie opuściłam swojej góry, tak jakby różne części mnie walczyły ze sobą i ta część, która argumentowała za pozostaniem na swojej górze, zawsze wygrywała. Samotność i marzenia nie były takie złe…

Spotkanie Kyrah zmieniło wszystko. Muza była piękna, mimo, że nadal w miarę zwyczajna, ale odkrycie bogini w przebraniu było niesamowite! Bogini! Atrakcyjna i przebiegła, podzielała nawet moje zafascynowanie cudami świata. Kiedy zaoferowała mi abym do niej dołączyła, nie wahałam się. W końcu miałam opuścić góry. W końcu miała zobaczyć prawdziwe piękno Thylei, które miało być oślepiająco… perfekcyjne.

I tak, wkrótce stałam się Wschodnim Wiatrem, i z pozostałymi złożyliśmy przysięgę braterstwa. Szczerze mówiąc, nie przejmowałam się innymi tak jak Notos, ale podzielaliśmy swoje pasje i wiedziałam, że mam odpowiednie talenty do szerzenia wieści o naszej misji. Na wschód leży półwysep Arezyjski, wypełniony wrogimi frakcjami, tak dalekimi od pokoju jak to tylko możliwe. To miała być długa przygoda, wypełniona okazjami. Mogłam sobie tylko wyobrazić potęgę murów Arezji i surowe piękno tego stoickiego ludu.

A więc wyruszyłam. Przebyłam przez Stary Las, odnajdując zróżnicowane rasy Fey, przebyłam Półwysep napotykając centaury i minotaury, w końcu dotarłam nawet do samej Arezji. Ale wszystko to było takie… nijakie. Często nawet brzydkie. Świat, który widziałam ze swojej góry był inny niż sobie wyobrażałam. Każda odrobina piękna jaką znalazłam, była zanieczyszczona brudem. Stary Las był pełen nieciekawych nimf niezainteresowanych zwiedzaniem świata.

Minotaury były brzydkie, zwyczajne i proste, zastanawiałam się, czy te przeklęte istoty były w ogóle w stanie zrozumieć co się do nich mówi, a kiedy z wściekłości zmieniły się w byki, jedyne co mogłam zrobić roześmiać się z politowaniem.

Arezja była moją ostatnią nadzieją i rozczarowaniem. Widziałam potencjał. Silne, zdolne ciała, bogactwo ogrodów. Ale… wydawało się, że mieszkańcy tego nie potrzebują ani nie cenią. Sługa miał problemy z poruszaniem się, z powodu ciężaru ozdób na jego ciele, ale ich panowie nosili proste bezbarwne szaty. Ogrody lśniły naturalnym pięknem, ale ich kamienne struktury wyglądały na zaniedbane i surowe. Dlaczego nie doceniali piękna, które mieli? Dlaczego marnowali kosztowności na sługi, pięknych ciałem do wojny, a młodych do nudnych tradycji. Nie rozumiałam tego.

Zrobiłam to czego oczekiwały ode mnie Wiatry, i śpiewałam za pokojem, tylko po to aby szybko zostać odrzuconą. Mój głos był zbyt piękny, by oferować go za darmo, nie skromnie na ulicach miasta, które ceni skromność. Moje słowa były zbyt naiwne i słabe. Zażądali abym się uciszyła albo odeszła. A więc ze smutkiem odeszłam.

To był koniec. Thylea tak naprawdę nie jest piękna, jest pełna brudu i słabości. Śmiertelnicy byli bardziej brzydcy i skłonni do przemocy niż do zrozumienia. Nic nie było perfekcyjne. Nic nie było jak gwiazdy.

Razem z Wiatrami odzyskaliśmy od Notos to co było nam należne i każdy z nas ruszył w swoją stronę. W drodze powrotną do mojej góry, znalazłam jednak coś piękniejszego niż do tej pory. Słońce, które witało mnie każdego ranka, zeszło z niebios w formie złotego gryfa, silnego i błyszczącego i poprowadziło mnie ku zapomnianej ścieżce

Podążając, w końcu dotarłam do tej świątyni. Wyglądałaby na opuszczoną, gdyby nie jedna rzecz. Statua wspaniałego mężczyzny, wykonana ze złota, wysoki, silny i piękny. Gryf złożył pokłon mężczyźnie i wyruszył w swoją drogę. Ja zostałam i spędziliśmy tę noc razem. Nie spałam, nasze ciała poruszały się namiętnie, a mój umysł wypełniły niesamowite sny na jawie. Unosiłam się w powietrzu w ramionach złotego mężczyzny, stojąc na potężnym rydwanie, gwiazdy śpiewały na jego cześć, kiedy je mijaliśmy. Doznałam epifanii.

Rano zdecydowałam, że nigdy już nie opuszczę tego miejsca. To tutaj miałam się znaleźć. Byłam już pewna, to Helios jest jedynym prawdziwem bóstwem Thylei.