Data: 15.09.2025

Śmierć Talieusa

Podsumowanie

Czas uciekał, a każdy kolejny reset osłabiał ich coraz bardziej, przybliżając do momentu, w którym ich historia, ciała i dusze zostaną pożarte przez strażnika wyspy. Nie tracąc ani chwili, już po drugim ryku, podjęli decyzję o rozdzieleniu sił, trzymając się desperacko nadziei, że tym razem uda im się przełamać zaklęty krąg. Versir, pół-tytan o starożytnej duszy, oraz Orestes, minotaur naznaczony przez los, ponownie skierowali swe kroki ku sercu wyspy, do miejsca sądu nad Kartosem. W tym samym czasie Arevon, Orion i Felicjan, zdeterminowani, by odkryć prawdę, raz jeszcze zanurzyli się w upiorną ciszę ruin.

W ruinach panowała ta sama martwa atmosfera. Jednakże tym razem bohaterowie zauważyli subtelną, lecz znaczącą różnicę – zniknęła kupka popiołu, którą odnaleźli podczas poprzedniej pętli. Arevon, druid gwiazd, natychmiast skupił swą magiczną energię, rzucając czar wykrywający magię. Niestety, jego wysiłki spełzły na niczym. W kamiennych strukturach, posągach i sadzawkach nie tliła się żadna aura, żadna wskazówka, która mogłaby naprowadzić ich na trop zaginionej księgi. To miejsce wydawało się być ślepym zaułkiem, pułapką na ich czas i nadzieję. Podobnie wizyta Versira i Orestesa w komnacie gier nie przyniosła odpowiedzi. Sfinksy były zawiedzione, że bohaterowie nie zdołali odnaleźć Wielkiej Księgi Zasad. Próby przesłuchiwania sfinksów spełzły na niczym.

Nagle, po raz trzeci, wyspą wstrząsnął potężny, nienaturalny ryk. Rzeczywistość pękła niczym lustro, a bohaterowie poczuli, jak ich ciała i dusze zostają wciągnięte w wir czasu. Obudzili się na pokładzie Ultrosa, ponownie zbliżając się do tęczowej łuny otaczającej Wyspę Czasu, lecz tym razem ciężar wyczerpania był niemal nie do zniesienia. Wiedzieli, że nie mają już dużo czasu.

Noland

Nie poddając się rozpaczy, po raz kolejny ruszyli w głąb wyspy, trzymając się sprawdzonego podziału. W centralnej komnacie, gdzie toczyła się odwieczna gra sfinksów, Versir i Orestes zastali odmienioną scenę. Zniknął Noland, srogi kriosfinks, który z taką zaciętością oskarżał Kartosa. Bilatro, starsza sfinks, wyjaśniła chłodno, że Noland „poszedł się przewietrzyć” po nieprzyjemnych wydarzeniach. Jej spokój był jednak nienaturalny, a jej uniki jedynie wzmacniały podejrzenia bohaterów. W pewnym momencie, gdy presja stała się zbyt duża, Bilatro, z tajemniczym błyskiem w oku, rozpłynęła się w powietrzu, pozostawiając ich z jeszcze większą liczbą pytań niż odpowiedzi. Impas trwał.

Gdy Orion, Arevon i Felicjan dotarli do ruin, ich serca zabiły mocniej. Tym razem nie zastali pustki. Pośród omszałych kamieni stał Noland, a w jego szponiastych dłoniach spoczywała zaginiona Wielka Księga Zasad, którą zamierzał właśnie spalić. Z furią zdrajcy przypartego do muru, sfinks wykrzyczał: „Nie! Co wy tu robicie?”. Jego głos ociekał jadem. „Ona jest tego warta!” – dodał, po czym wykonał magiczny gest, przywołując z eteru trzy koszmarne, latające stwory, przypominające mózgi z mackami i ostrymi dziobami. Rozpoczęła się walka o prawdę i przetrwanie.

Grell

Grell, jeden z potworów, natychmiast rzucił się na Oriona, lecz półbóg, z precyzją odziedziczoną po ojcu, bogu bitwy, jednym potężnym pchnięciem powalił bestię. Noland, widząc upadek swojego sługi, sam rzucił się do ataku, tworząc swój magiczny temporalny duplikat i szarżując na bohaterów. W odpowiedzi Felicjan, utalentowany czarodziej, rozpętał piekło, ciskając ognistą kulę, która objęła płomieniami zarówno sfinksa, jak i Grella. Chwilę później Arevon dopełnił dzieła zniszczenia, uwalniając stożek mrożącego chłodu.

W ogniu walki, gdy Noland zaciekle atakował, a Orion odpierał jego ciosy, w komnacie zmaterializowała się Bilatro, jej twarz wykrzywiona gniewem. „Co to ma znaczyć?” – zagrzmiała. Noland, nie tracąc rezonu, oskarżył bohaterów o kradzież księgi i próbę morderstwa. Jednak jego kłamstwa nie wytrzymały konfrontacji z logiką i charyzmą drużyny. Felicjan, by ostatecznie przypieczętować los zdrajcy, rzucił na niego potężny czar, który związał ich przeznaczeniem – atak Nolanda na bohaterów zraniłby również jego samego.

W końcu Bilatro, przekonana przez argumenty i dowody, podniosła księgę i teleportowała wszystkich do centralnej komnaty, gdzie odbywał się sąd. Noland próbował się bronić, ale kiedy Waywa spytała go: “Noland, czy to prawda? Naprawdę zrobiłbyś coś takiego Kartosowi, którego kocham?”, ten zrezygnowany odparł, że on kocha ją. Przerywając niezręczną ciszę, Kartos odparł, że on kocha wiedźmina.

Ostatecznie Bilatro, przeszukała Wielką Księgę Zasad i znalazła w niej słowo „Wiedźmin”, potwierdzając tym samym niewinność Kartosa. Sprawiedliwości miało stać się zadość. Mechaniczny anioł uwolnił Kartosa i pochwycił przerażonego Nolanda. Wtedy bohaterowie przypomnieli, dlaczego przybyli na tę wyspę. Poprosili o przeprosiny dla Wiedźmy Lotosu. Niechętnie, Bilatro zezwoliła na głosowanie, uznając, że samo wygnanie było jak najbardziej zasadne, ale sam proces był oparty na emocjach, nie na logice. Kartos, Waywa i Kallisti zagłosowali za przeprosiniami, które w dość oziębły i bardzo formalny sposób zostały udzielone.

Smocze jajo

Bohaterowie skierowali się z powrotem do Przejścia Przez Czas, gdzie zwykle napotykali smoka Paradoxa, tym razem jednak natknęli się na smocze jajo (Paradox). Zastanawiając się chwilę nad Konsekwencjami, Felicjan zdecydował się jednak zabrać jajo na Ultros. Rozległ się kolejny ryk, a bohaterowie znaleźli się ponownie na statku. Ostatnie wydarzenia były w ich umyśłach, ale widoczne jak przez mgłe, mimo to byli pewni, że osiągnęli swój cel i mogą wyruszyć w innym kierunku. Niedługo potem na statku pojawiła się przed nimi półmaterialna postać Wiedźmy Lotosu, która podziękowała im za załatwienie przeprosin, i zgodnie z umową zdjęła klątwę z centaurów z Wyspy Skorpiona.

Kentimane

Odpocząwszy i odzyskawszy siły, obrali kurs na kolejną konstelację – Włócznię. Podróż przez Zapomniane Morze nie trwała jednak długo. Nagle wody oceanu spiętrzyły się, tworząc monumentalną falę, a z głębin wyłoniła się gigantyczna postać Kentimane’a Stu Rękiego. Tytan, strażnik Thylei, maszerował po dnie oceanu, nie zwracając uwagi na statek bohaterów. Gdy fala opadła, a ocean się uspokoił i zapadł wieczór na niebie pojawiło się coś jeszcze bardziej zdumiewającego – latająca forteca z brązu i kamienia, z której dobiegał rytmiczny łomot muzyki i pulsujące, kolorowe światła. Z blanków wychyliła się postać i krzyknęła: „IMPREZA W CHMURACH NIGDY SIĘ NIE KOŃCZY!”.

Gdy tylko bohaterowie, wraz z towarzyszącą im Kirą, Astrą, Lyrą i Melanią, wznieśli się w powietrze, uderzyła w nich fala gorąca i kakofonia dźwięków, która zdawała się wibrować w samych ich kościach. Latająca forteca, niegdyś symbol potęgi i porządku Smoczych Lordów, została przeobrażona w surrealistyczny spektakl rozpusty – latającą Ibizę, pulsującą w rytm nieziemskiej muzyki. U jej wrót, wykutych z brązu, stało dwóch potężnych, sześciorękich Gyganów, pełniących rolę selekcjonerów na tej boskiej imprezie. Ich pojedyncze, leniwe oczy lustrowały tłum satyrów i nimf, bezceremonialnie odsyłając tych, którzy nie pasowali do hedonistycznego klimatu. Bohaterowie, nie mając zamiaru płacić za wstęp ani prosić o pozwolenie, z gracją ominęli tę nietypową ochronę, teleportując się do środka.

Orestes i Satyr

Wnętrze było istnym pandemonium. Wirująca masa spoconych ciał – satyrów, nimf, a nawet centaurów – poruszała się w dzikim, ekstatycznym tańcu, a powietrze było gęste od odoru rozlanego wina i słodkiego dymu. Przebijanie się przez ten żywy, pulsujący tłum było nie lada wyzwaniem. Orestes, z minotaurem właściwą mu pewnością siebie, ruszył naprzód, torując drogę tanecznym krokiem. Jego brawura natychmiast przykuła uwagę grupy satyrów, którzy wyzwali go na pojedynek w piciu. Minotaur, nie namyślając się długo, przyjął wyzwanie i jednym haustem opróżnił bukłak, doprowadzając swojego rywala do spektakularnego zwymiotowania w tłum, co tylko podsyciło ogólną wesołość. Jednak sielanka nie trwała długo. Z tłumu wyłoniły się cztery postacie, poruszające się z zabójczą gracją – dwie menady i dwie nimfy, których celem nie była zabawa, lecz powstrzymanie intruzów. Ich taniec był hipnotyzujący i niebezpieczny. Arevon, unoszący się pod sufitem, padł ofiarą ich uroku i zaczął bezwładnie tańczyć w powietrzu, a Orion, oślepiony nienaturalnym pięknem jednej z nimf, musiał walczyć, polegając jedynie na słuchu i instynkcie.

Blemys

Gdy ostatnia z nimf padła pod ciosami bohaterów, zblazowana arogancja na twarzy Talieusa, który do tej pory z leniwym zainteresowaniem obserwował walkę ze swojej kanapy, ustąpiła miejsca irytacji. Z westchnieniem, jakby odrywany od ulubionej rozrywki, machnął ręką w stronę drużyny. „Ochrona, zajmijcie się nimi. Próbuję się zrelaksować” – rzucił niedbale, po czym wrócił do pieszczot swoich driad. Na jego rozkaz, z cieni po obu stronach sali wyłoniły się dwie monstrualne, bezgłowe istoty – Blemysy, góry drgającego mięśnia, których jedynym celem było zniszczenie. Rozpoczęła się brutalna walka. Potwory chwytały bohaterów w żelaznych uściskach, ciskając nimi niczym szmacianymi lalkami – Orion posłużył jako pocisk wymierzony w Arevona, a Orestes został brutalnie zderzony z Felicjanem. Mimo potężnej siły przeciwników, drużyna stawiła im czoła. Orestes i Orion, tworząc bastion siły, przyjmowali na siebie najcięższe ciosy, podczas gdy Versir, Felicjan i Arevon wspierali ich z dystansu, ciskając niszczycielskie czary i zapewniając kluczowe uzdrowienie.

Włócznia Oriona

Kiedy truchło ostatniego Blemysa z głuchym łoskotem uderzyło o podłogę, a jego krew zmieszała się z rozlanym winem, Talieus wreszcie wstał. Jego twarz, dotąd wyrażająca jedynie nudę, teraz stężała w grymasie czystej furii. „Jak śmiecie?!” – ryknął, a jego głos, nasycony boską mocą, przetoczył się po sali, uciszając na chwilę nawet ogłuszającą muzykę. Syn Sydona i Lutherii, wkroczył do walki. Atakując przyzywał psioniczne sztylety, które znikały zaraz po trafieniu, a jego legendarna zwinność pozwalała mu teleportować się po polu bitwy, unikając ciosów. Orestes, napędzany furią, zdołał jednak dosięgnąć go swoim toporem, zadając brutalny cios krytyczny i rzucając w jego stronę bluźnierczą obelgę dotyczącą jego matki. Orion, chroniąc swoich towarzyszy i zadając precyzyjne uderzenia włócznią, nieustannie naciskał na tytana. W końcu, w kulminacyjnym momencie bitwy, jego włócznia, przepełniona boską mocą, wbiła się głęboko w pierś Talieusa. Nie było krzyku bólu, a jedynie dźwięk pękającego kryształu. Z rany nie trysnęła krew, lecz oślepiające, złote światło. Ciało tytana pokryło się siecią pęknięć, a on sam, z wyrazem absolutnego zdumienia na twarzy, zdołał jedynie wyszeptać: „To niemożliwe… Ojcze?”. Chwilę później jego forma rozpadła się w wirujący pył złotego kurzu. Muzyka ucichła. Impreza dobiegła końca.

Kluczowe wydarzenia / decyzje

Pamiętne Cytaty

  • Dungeon Master (jako Noland): “Nie! Co wy tu robicie? Znalazłem księgę! […] Ona jest tego warta.”
  • Dungeon Master (jako Waywa): “Noland, czy to prawda? Naprawdę zrobiłbyś coś takiego Kartosowi, którego kocham?”
  • Dungeon Master (jako Kartos): “A ja, ja kocham Wiedźmina.”
  • Dungeon Master (jako imprezowicz): “IMPREZA W CHMURACH NIGDY SIĘ NIE KOŃCZY!”
  • Dungeon Master (jako Talieus): “Ochrona, zajmijcie się nimi. Próbuję się zrelaksować.”
  • Orestes: “Twja matka to kurwa i zdechnie w rynsztoku.”
  • Dungeon Master (jako Talieus): “To niemożliwe… Ojcze?”

Postacie Niezależne (NPC)

Lokacje

Przedmioty

Filmy